poniedziałek, 20 stycznia 2014

Cap Haitien




Przerwy w pisaniu bloga nie są spowodowane żadnym wypadkiem czy śmiercią autora, ale wynikły z trudności dostępu do internetu w kraju rządzonym przez pana Castro. Istniała wprawdzie możliwość publikowania samego tekstu, ale opisy krajów egzotycznych pobudzają dużo bardziej wyobraźnię czytelnika, kiedy towarzyszą im barwne fotografie. Ten post jest ostatnim dotyczącym Haiti. Wkrótce należy spodziewać się kubańskiej ofensywy blogowej. Za zwłokę najmocniej przepraszamy, a za cierpliwość serdecznie dziękujemy.
Redakcja


Cap Haitien
W Port-au-Prince spędziłem ponad tydzień. Czas ruszać dalej. Pewnego ranka z plecakiem wychodzę na ulicę. Po chwili podjeżdża jakiś motor i słyszę: Taxi?! Taxi?!Tak! Znaczy „Oui”. Po czym pada kolejne pytanie. Zakładam, że kierowca chce wiedzieć dokąd właściwie jedziemy. Pewnie i stanowczo mówię po kreolsku słowa Bus i Cap Haitien. To drugie na tyle niewyraźnie, że musiałem napisać dokąd właściwie ma mnie zawieźć. Docieramy na dworzec przed 11, ładuję się do starego szkolnego, amerykańskiego autobusu. Poprawnie wymawiam moje hasło na dzisiaj: Cap Haitien? Wszyscy twierdząco kiwają głowami. Idę kopic bilet, napisane jest 100. Puszczam szybko zero w pamięci i wychodzi mi, że za 7h jazdy zapłacę jakieś 7zł. Całkiem nieźle. Szukam odpowiedniego banknotu i słyszę, że cena jest w dolarach. No chyba komuś sufit na głowę upadł, jeśli ktoś myśli, że za podróż tym gruchotem dam 100 dolców. Po krótkich negocjacjach okazuje się, że chodzi o 100 haitańskich dolarów, abstrakcyjnej waluty, którą przelicza się 5:1 w stosunku do lokalnych gourdów. Ładuję się do środka, ostrożnie omijam dziury w podłodze i idę na wyznaczone miejsce. Na razie nie ma za dużo pasażerów, ruszymy kiedy wszystkie miejsca się zapełnią w środku i na dachu. Wygląda na to, że trochę tu sobie poczekam. Patrzę na ulicę. Haitańczycy podjeżdżają z ogromna ilością bagaży na dworzec. Zaczyna się wrzask. Wszyscy kierowcy walczą zaciekle o bagaż potencjalnego pasażera, który głośno wyraża protest przeciwko takiemu traktowaniu. Walka o pakunki jest bardzo zacięta. Mam wrażenie, że zaraz zaczną się zabijać. Zaczyna się szarpanina. Wszyscy wyrzucają z siebie kilkaset słów na minutę, po czym spokojnie się rozchodzą. Podjeżdża kolejna osoba obładowana tobołami i sytuacja się powtarza. Nie za wiele z tego rozumiem, ale miło sobie popatrzeć na taki lokalny folklor. Przynajmniej przez pierwszą godzinę mnie to interesowało, kolejne wlokły się niesamowicie. Wreszcie po 14 ruszamy!




Kierowca mknie jak szalony. Jest królem drogi, nie zatrzymuje się ani nie zwalnia. Używa tylko klaksonu. Rowerzyści i wolniejsze samochody uciekają na pobocze przed nami. Jeśli nie mają gdzie wtedy gwałtownie skręca i jakoś daje radę wszystkich omijać. Pasażerowie co chwila krzyczą do szofera, że chyba trochę przesadza z brawurą. Na wiele to się nie zdaje. Mi przynajmniej pozwala przez chwilę zapomnieć o kolanach, które od kilku godzin są cały czas zgięte i bolą już jak diabli. W końcu zatrzymujemy się na jakiś posiłek. Idę na stację kupić coś do jedzenie. Przy kasie widzę jak mój autobus odjeżdża. Rzucam się w pogoń, budząc powszechną wesołość. Mały plecak z cennymi rzeczami mam przy sobie, ale duży został w środku. Jest już ciemno, nie wiem właściwie gdzie jestem. Lepiej, żebym dogonił ten autobus. Ja najadłem się strachu co niemiara, a kierowca tylko przejechał kilkaset metrów, żeby przeparkować.
W razie tsunami - uciekaj !!!
Wreszcie dotarliśmy do celu. Ja znalazłem jakiś hotel, które są w Haiti jakieś 2 razy droższe niż w sąsiedniej Dominikanie. Pokój bez klimatyzacji kosztuje $35 .Następnego dnia idę pozwiedzać Cap Haitien, drugie miasto Haiti. Jest dużo ładniejsze niż stolica. Ostatnie trzęsienie ziemi nie zniszczyło miasta. Centrum zachowało swój XIX wieczny charakter. Przy ulicach stoją barwne domy wybudowane w stylu kolonialnym. Rzucają się w oczy znaki ostrzegawcze przed tsunami. W razie pojawienia się wielkiej fali trzeba bardzo szybko uciekać do góry. Ogólnie Cap Haitien stwarza wrażenie miejsca dużo bardziej przyjaznego i bezpiecznego od Port-au-Prince. W pobliżu miasta znajduje się także La Citadelle la Ferriere – osiemnastowieczna twierdza, oraz ruiny pałacu Sans Souci – siedziba króla. Są to jedne z niewielu prawdziwych atrakcji turystycznych Haiti. Miałem szczęście zwiedzać je z jedną Haitanką Valdyne. Studiowała turystykę i chętnie zgodziła się towarzyszyć mi w wycieczce do cytadeli. Przy okazji jako zatwardziała adwentystkę próbowała mnie nawrócić na swoją wiarę. Ja miałem gwarancję, że wszędzie trafię za normalną stawkę, a ona bardzo ucieszyła się z poznania obcokrajowca.
                                                                                                             La Citadelle la Ferriere
Do cytadeli jedziemy motorem. W słoneczny dzień robi wspaniałe wrażenie. Niczym orle gniazdo znajduje się na samym szczycie wysokiej góry. Jej wysokie na 40 metrów mury wznoszę się na samym szczycie góry. Prowadzi tam tylko jedna droga, z innych stron twierdza otoczona jest gęstymi krzakami bądź przepaściami, czyniąc ją tym samym niemożliwą do zdobycia. Turyści odwiedzający fortecę mogą podziwiać ogromne zasoby amunicji, które miały mogły wystarczyć na roczne oblężenie Przez 15 lat budowało ja 20 000 robotników z rozkazu władcy Królestwa Haiti1 Henryka I Christophe. W razie ewentualnego francuskiego ataku na wyspę miała służyć jako schronienie dla niego i jego dworu, który w czasie pokoju rezydował w położonym poniżej pałacu Sans Souci. Zachowały się tylko ruiny tej niegdyś wspaniałej królewskiej rezydencji, która miała równać się przepychem z Wersalem czy Poczdamem. Mimo, że zniszczony pałać oddziałuje na wyobraźnię. Spacer wśród starych murów pozwala przez krótką chwilę poczuć megalomanię króla Henryka. 
Valdyne
Mnie do współczesności przeniósł wrzask kilkudziesięciu przedszkolaków, którzy bardzo ucieszyli się na widok turysty. Szarża ruszyły w moja stronę, otoczyły, co odważniejszy nawet dotknął mojej dziwnej skóry. Opiekunowie z trudnością mogli odciągnąć swoich podopiecznych od tego dziwoląga, o mlecznej skórze jaką ogląda się zazwyczaj w telewizji.
Pałac Sans Souci
Valdyne zaprowadziła mnie na koniec do swojej rodzinnej wioski. Nie prowadziła tam w sumie żadna droga, kilkukrotnie przechodziliśmy rzekę w płytkich miejscach. Widać, że bardzo chciała się wszystkim pochwalić swoim egzotycznym znajomym. Kiedy wreszcie wróciliśmy do miasta odprowadziłem ja do domu. Sam w życiu nie zapuściłbym się w nocy na przedmieścia miasta. Przedstawiła mnie swojej mamie, i siostrze, i jeszcze bratu, i sąsiadce, i sprzedawczynię z pobliskiego sklepu. Mama po angielsku spytała się czy jestem chłopakiem jej córki. Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo zaraz nastąpił potok słów, o tym że Valdyne jest taka mądra, i zdolna, i pracowita, i tak bardzo chce podróżować, tylko potrzebuje pieniędzy, i wizy. Że już jutro wyjeżdżam? Czy pracuję w Port-au-Prince? Turysta? Ale musisz do nas wrócić w przyszłym rok! Koniecznie! Obiecaj to mojej córce! Dla dobra przyjaźni polsko-haitańskiej dyplomatycznie przyrzekłem, że kiedyś tu wrócę.




1 Po śmierci cesarza Jana Jakuba I Dessalines !!! Haiti rozpadło się w 1807 roku na dwa niezależne państwa: Królestwo Haiti ze stolicą w Cap Haitien i Republikę Haiti ze stolicą w Port-au-Prince. W roku 1820 nastąpiło zjednoczenie tych państw.



Stare francuskie forty na przedmieściach Cap Haitien









Cytadela







Jeszcze Port-au Prince nocą. Jakoś się zaplątało.
Dowód na teorię ewolucji Darwina
Były wschody słońca na Dominikanie, są zachody na Haiti



I jeszcze jeden haitański autobus











4 komentarze:

  1. Po pierwsze to moglbys wrocic do Polski z taka Valdyne a nie serca lamac na prawo i lewo. po drugie zauwazam ze jakosc zdjec poprawia sie z posta na post (te kadry! kolory! linie! zdjecia z armata i pieknymi przewodniczkami!
    - >>szacun).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz jak miło jest czytać takie komentarze :D

      Usuń
  2. Oj Ty nasz ambasadorze Polski na Haiti... Coś czuję, że lada chwila będziemy w wiadomościach słyszeć o niespodziewanej poprawie stosunków polsko-haitańskich :) Naprawdę piękne zdjęcia, czekamy na relacje z Kuby!

    OdpowiedzUsuń